Nic nie motywuje lepiej, niż nadchodzący deadline

Myślałam o reaktywowaniu bloga od dość dawna, ale zawsze coś stawało mi na drodze: zmiana miejsca zamieszkania, zmiana pracy, zmiana stanowiska, egzaminy, wolny internet, kąt padania światła na matrycę, faza księżyca… Wiedziałam, że kiedyś chcę wrócić, ale był to temat zawieszony w próżni, tak jak obecnie moja praca licencjacka.

W każdym razie przez ostatnie trzy miesiące nic nie wskazywało na to, abym miała pojawić się tu jakkolwiek niedługo. Zdarzało mi się zapomnieć o tym, że w ogóle miałam w planach prowadzić bloga. Codzienne życie okazało się niesamowicie absorbujące w swojej przewidywalności i prostocie.

Ostatnio coś mnie ruszyło, aby sprawdzić, kiedy kończy się okres abonamentowy domeny i hostingu bloga, bo kiedyś trzeba było w końcu zapłacić za dalsze utrzymywanie swojego miejsca w sieci. Kończy się dokładnie dzisiaj, 17 września 2017.

Bardzo dosłownie.

17 września. Nagle w mojej głowie pojawiło się milion pytań:

Czy to jest dobry moment?

Czy nie mam ważniejszych rzeczy na głowie?

Czy ja się do tego w ogóle nadaję?

A co jeśli znów nie wypali?

A co jeśli teraz sobie odpuszczę, a za 2 miesiące będę tego żałować?

Zawsze wychodziłam z założenia, że najważniejsze rzeczy, których można nauczyć się na studiach, nijak mają się do kierunku nauczania. Poza tworzeniem ładnych prezentacji oraz parafrazowaniem najbardziej zawiłych tekstów, na studiach nauczyłam się również, że nic nie motywuje lepiej, niż nadchodzący deadline.