Rozdział pierwszy: „Naucz się być sam”

Mam koleżankę, którą na potrzeby tego tekstu mianuję Grażyną.

Grażyna jest świetną dziewczyną. Jest ładna, mądra, kobieca, ma poczucie humoru i masę innych, dobrych cech. Ma również faceta, który jest największym bucem, jakiego kiedykolwiek poznałam. To, że jest bucem, to akurat kompletnie nieistotna informacja, ale nie mogłam się powstrzymać. Bo jest bucem.

W każdym razie Grażyna to naprawdę fajna kobieta, jednak ma jedną wadę: nie potrafi być sama. Pomijając aspekty związane z byciem samemu jako nie byciem w związku, Grażyna najzwyczajniej w świecie nie potrafi zająć się sobą. I ja też taka byłam.

Dlatego gdybym miała wybrać jedną, najważniejszą umiejętność, której nauczyłam się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, byłaby to umiejętność bycia samej.

Z obecnej perspektywy umiejętność przebywania sam na sam ze sobą uważam za jedną z istotniejszych kompetencji życiowych i jestem za tym, aby wszelkie poradniki dotyczące rozwoju osobistego zaczynały się od rozdziału pod tytułem: „Naucz się być sam”.

Bycie samemu ułatwia wykształcenie samoświadomości oraz szeregu innych, równie istotnych umiejętności, m.in.: motywowania się do działania, wyrabiania dobrych nawyków, odnajdywania / realizowania swojej pasji, dbania o siebie, koncentracji, samodzielnego myślenia, podejmowania decyzji czy rozwiązywania problemów.

Początkowo bycie swoim jedynym towarzystwem nie jest łatwe. Zwłaszcza dla osoby, która – tak jak ja czy Grażyna – zwykła polegać na innych w kwestii zapewniania sobie rozrywki czy po prostu konstruktywnego zajęcia. Jasne, że można w łatwy sposób zapełnić pustkę pisaniem ze znajomymi na Facebooku, przeglądaniem Kwejka, oglądaniem seriali / filmów / śmiesznych kotków na YouTube, chodzeniem co 15 minut na papierosa itp. Jeśli to sprawia, że zasypiasz spełniony – spoko, nie mój cyrk, nie moje małpy.

Ale można też wykorzystać ten czas bardziej produktywnie i zacząć robić rzeczy, które od zawsze były do zrobienia później / jutro / od poniedziałku: nauczyć się czegoś nowego, przeczytać książkę, zadbać o siebie, zacząć ćwiczyć lub cokolwiek innego, dzięki czemu przybliżysz się bycia najlepszą wersją siebie oraz będziesz mieć dodatkowy temat do rozmowy.

Jak nauczyć się być samemu? Przykro mi, jeśli Cię rozczaruję, ale nie znam gotowego przepisu. Powiem Ci jednak, jak to wyglądało u mnie.

Przede wszystkim spędzałam dużo czasu sama. Na początku niekoniecznie z własnej woli. Przyczyniła się do tego przeprowadzka pod Warszawę (dosłownie 20 minut drogi autobusem od miasta, ale to dostatecznie daleko, aby nikt nie chciał tu przyjeżdżać), a później rezygnacja z etatu na rzecz realizowania własnych zajawek. Nie będę ściemniać: po tym, jak rzuciłam pracę, spędziłam dobre dwa miesiące snując się po domu z kąta w kąt i nie robiąc absolutnie nic, co byłoby związane z realizowaniem czegokolwiek.

Czas to najcenniejsza waluta, jaką dysponujemy, a ja wydałam dwa miesiące swojego życia na nic. Nieśmiesznie, prawda?

Większość moich znajomych pracuje na etacie, więc nikt nie był w stanie mnie w tym czasie zabawiać. Musiałam bawić się sama. Zaczęłam zastanawiać się, czy jest coś, co zawsze chciałam robić, a nigdy nie miałam na to czasu (lub raczej tak mi się wydawało).

Okazało się, że jest tego całkiem sporo.

Handlettering, rysowanie, malowanie akwarelami, poszerzanie wiedzy z zakresu tworzenia grafiki użytkowej, programowanie front-end, gotowanie, dbanie o siebie… Mogłabym wymieniać długo, ale niczego by to nie wniosło. Po prostu miałam co robić i zaczęłam to robić. I bynajmniej nie potrzebowałam towarzystwa.

Jak zacząć robić rzeczy, które chcesz robić? Nie znam lepszej metody robienia rzeczy, niż ta, aby po prostu je robić. Simple as that.

To bez znaczenia, czy masz wolne całe dnie, czy dwie godziny dziennie. Niezależnie od ilości czasu, który możesz spędzić sam ze sobą, możesz wykorzystać go dobrze. Albo czekać, aż ktoś inny wykorzysta go za Ciebie, dla siebie.

Nie piszę tego, bo poczułam głębokie, wewnętrzne powołanie, aby motywować ludzi do robienia fajnych rzeczy. Powód jest znacznie prostszy: od kiedy nauczyłam się być sama (tj. zajmować się sama sobą, robiąc rzeczy produktywne i nieangażujące innych), to zrozumiałam, jak bardzo wymagające (i z czasem męczące) są osoby, które tego nie potrafią.

Nie wiadomo, czy odzywają się, bo faktycznie chcą pogadać, czy po prostu nie mogą znaleźć sobie innego zajęcia. Dodajmy do tego ograniczony repertuar tematów do dyskusji i mamy przepis na konwersacyjny dzień świstaka – kiedy masz wrażenie, że każda rozmowa ma identyczny przebieg i dotyczy dokładnie tego samego.

Powtarzam: ja też taka byłam, i też nie było mi miło, kiedy w końcu ktoś zwrócił na to uwagę.

I piszę to, bo w gruncie rzeczy wolałabym, aby uwagę zwrócił mi ktoś obcy, niż bliska osoba.