Czy na łożu śmierci szklankę wody strąci na mnie jeden z moich siedmiu kotów? Życie z rozszczepem wargi i podniebienia

Rozszczep wargi i podniebienia jest jedną z najczęściej występujących wad wrodzonych. Rodzi się z nim 1 na ok. 700 dzieci.

1 na 700, w tym ja.

Urodziłam się z rozszczepem wargi i podniebienia, nie przeszłam w terminie wszystkich napraw estetycznych i zostałam z krzywym nosem oraz mordką płaską jak pekińczyk. Przez większość życia chciałam go zoperować, żeby mieć normalny nos, ale jakiś czas temu – kiedy operacja plastyczna była w zasięgu kilku miesięcy odkładania pieniędzy – zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie chcę to zrobić.

Zanim jednak przejdę do teraźniejszości, kilka słów o tym, jak wyglądało moje życie jako rozszczepowca.

Właściwie, to jedno słowo: normalnie.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że zawsze było normalne i niczym nie różniło się od życia moich koleżanek czy kolegów. Może poza tym, że spędziłam więcej czasu w szpitalu i miałam więcej operacji plastycznych, niż większość z nich.

Nic mnie nie ominęło: wyzwiska i wytykanie palcami, wykluczenie z pewnych grup znajomych (lub i nieznajomych), pierwsze przyjaźnie, zauroczenia, pierwsze randki, pierwsza prawdziwa miłość i pierwsze rozstanie, imprezy, powroty nad ranem… Generalnie doświadczyłam większości rzeczy, których na pewnym etapie swojego życia doświadcza prawie każdy człowiek.

Mimo wszystko przez wiele lat byłam zamknięta w swojej bańce pt. “jestem brzydka i moje życie jest smutne i beznadziejne i umrę jako stara panna z siedmioma kotami”.

A później skończyłam gimnazjum…

…i spędziłam kolejne dobrych kilka lat na uczeniu się samoakceptacji, miłości do swojego ciała i siebie ogółem.

W międzyczasie okazało się, że mój wygląd ma niewiele wspólnego z tym, czy na łożu śmierci szklankę wody poda mi mój już-nie-taki-przystojny mężczyzna czy strąci ją na mnie jeden z moich siedmiu kotów. Ma niewiele wspólnego z tym, czy i jakich będę mieć przyjaciół. Ani z tym, jaką będę mieć pracę, oraz jak szybko ją znajdę (no dobra, modelką raczej nie będę, ale nigdy do tego nie aspirowałam). Wygląd nie determinuje żadnego z aspektów mojego życia. Za to bycie niezadowoloną z życia, zakompleksioną zołzą – jak najbardziej.

Jeszcze kilka miesięcy temu planowałam następną (prawdopodobnie już ostatnią) operację plastyczną, ale kiedy ta była niemalże w zasięgu ręki – zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie chcę ją zrobić. I dla kogo tak naprawdę chcę ją zrobić.

Bo widzisz. Żyję i funkcjonuję w pełni normalnie, mój nos również w 100% spełnia swoją rolę. Przez 25 lat już chyba przyzwyczaiłam się do swojego odbicia w lustrze i szczerze mówiąc nie czuję się brzydsza ani gorsza od kogokolwiek. A nie dam się pokroić tylko po to, aby innym się na mnie przyjemniej patrzyło.

Społeczeństwo wywiera ogromny nacisk na to, aby wyglądać w określony sposób. Mówić i zachowywać się w określony sposób. Spędzać czas w określony sposób. Mieć określonego partnera, rodzinę, przyjaciół, pracę, dochody i wszystko pomiędzy. A mnie jest szkoda życia i zdrowia psychicznego na to, aby za wszelką cenę uszczęśliwiać wszystkich dookoła, poza samą sobą.


Rozłożyłam pisanie tego wpisu na dwa dni i szczerze mówiąc umknęła mi puenta, do której dążyłam z całym tym wywodem, ale pamiętam, co mnie skłoniło do pisania: na jednej z grup na Facebooku natknęłam się na post naprawdę ślicznej dziewczyny, która chciała zoperować sobie nos, bo miała na nim niewielki garbek. Na który swoją drogą w ogóle nie zwróciłam uwagi (tak jak wiele innych osób) i po prostu zrobiło mi się… dziwnie i przykro, że ja budzę się z przekonaniem, że jestem pełnowartościowym człowiekiem w pełnowartościowym opakowaniu, a kobieta, którą obiektywnie można uznać za piękną, bynajmniej się tak nie czuje.

Nie mam nic przeciwko poprawianiu i zmienianiu swojego wyglądu. Jeśli komuś ma poprawić to samopoczucie, to jego ciało, jego pieniądze i generalnie jego sprawa. Sama nie zamierzam zarzekać się, że nigdy nie zdecyduję się na operację. W końcu tylko krowa nie zmienia zdania. Kto wie, może akurat kiedyś będę mieć luźno 20 tysięcy i kaprys, aby zrobić sobie korektę nosa?

Tutaj powinna pojawić się jakaś mocna i dająca do myślenia konkluzja, ale nie chcę rzucać banałami o akceptowaniu i kochaniu siebie, bo wiem, że czasami to nie jest łatwe. Mimo wszystko warto próbować, bo czas i energia, które poświęcamy na rozmyślanie nad swoimi fizycznymi defektami można spożytkować zdecydowanie lepiej. Serio.

2

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *